Gable Steveson miał wejść do UFC jako przyszły problem całej wagi ciężkiej. Sean Sharaf potrzebował 12 sekund, żeby brutalnie zatrzymać tę narrację.
Sharaf trafił krótką kombinacją i posłał mistrza olimpijskiego na deski. Sędzia nie miał czego ratować. Walka skończyła się, zanim część widzów zdążyła dobrze usiąść.
Nie było długiego badania dystansu ani pierwszej spokojnej minuty. Steveson został sprawdzony natychmiast i nie zdążył uruchomić elementu, na którym zbudowano niemal całą opowieść o jego wejściu do UFC.
Steveson był gigantycznym faworytem. Właśnie dlatego ten wynik uderzył tak mocno. Hype nie wygrywa walk, kiedy pierwszy czysty cios wyłącza światło.
Sharaf nie dostał jednak prezentu. Zobaczył moment, skrócił akcję i trafił bez wahania. Przy tak wielkiej różnicy w oczekiwaniach łatwo wejść spiętym i zacząć wyłącznie reagować. On zrobił odwrotnie.
Dla UFC taki wynik jest jednocześnie problemem i gotową historią. Wielki projekt został zatrzymany, ale pojawił się nowy zawodnik z nokautem, którego nie da się pominąć w kolejnej zapowiedzi.
To nie musi być koniec jego kariery. Jest za to koniec etapu, w którym nazwisko i zapasy miały wystarczyć do automatycznego rozdawania mu kolejnych zwycięstw.
Steveson nadal ma wyjątkową bazę zapaśniczą. Teraz musi pokazać, czy potrafi dobudować do niej defensywę, pracę na nogach i spokój po pierwszym mocnym trafieniu. Bez tego każdy następny rywal będzie próbował odtworzyć plan Sharafa.
Najważniejszy test dopiero przyjdzie. Nie chodzi o to, jak wielki talent wygląda po serii zwycięstw. Chodzi o to, czy wraca po sytuacji, w której cały świat zobaczył jego największy brak.



