Alonzo Menifield pokonał Iwo Baraniewskiego niejednogłośną decyzją sędziów na gali UFC 331 w Los Angeles. Punktacja wyniosła 28-29, 29-28 i 29-28.
Polak mocno rozpoczął walkę i trafiał ciężkimi uderzeniami. Z każdą rundą doświadczenie Menifielda miało jednak coraz większe znaczenie.
Baraniewski nie wyglądał jak zawodnik sparaliżowany debiutancką presją. Ruszał do przodu i szukał mocnych akcji. Problem w tym, że na tym poziomie sama gotowość do wymiany nie wystarcza do zabierania kolejnych rund.
To był dokładnie ten rodzaj walki, w którym efektowne akcje nie wystarczają. Przy wyrównanych rundach każda oddana minuta zaczyna ważyć podwójnie.
Menifield nie musiał całkowicie zdominować Polaka. Wystarczyło, że w oczach dwóch sędziów lepiej wykorzystał kluczowe momenty. Przy punktacji 29-28 jeden spokojniejszy fragment potrafi zdecydować o całym wieczorze.
Dla Baraniewskiego ważna będzie teraz chłodna analiza tempa. Kiedy przyspieszać, kiedy przerwać wymianę i jak zamykać rundę tak, żeby nie zostawiać miejsca na interpretację. Tego nie da się zastąpić kolejną deklaracją o wojnie.
Pierwsza zawodowa porażka nie przekreśla Baraniewskiego. Kończy tylko etap, w którym można było mówić wyłącznie o niepokonanym talencie. Teraz zobaczymy, jak Polak zareaguje na pierwszy naprawdę mocny hamulec.
Najgorszą reakcją byłoby szukanie wymówek i udawanie, że porażka niczego nie pokazała. Najlepszą będzie poprawa dokładnie tych elementów, które w równej walce zabrały mu wynik.
UFC nadal ma powód, żeby dać mu kolejną szansę. Był konkurencyjny przeciwko doświadczonemu rywalowi i nie pękł pod presją. Następny występ pokaże jednak, czy potraktował tę lekcję poważnie.



